1 maja 2012


czas zdawał się rozciągać, dwoić i troić, zanikać zarazem i istnieć dla samego istnienia. nałożony na głowę kosmos przybierał obrót swoich niebieskich ciał w kierunkach których kopernik nie śmiał marzyć... dotąd miarowe uderzenia serca zwolniły nieco, przenikając rozkosznym bólem klatki piersiowej. pomiędzy komorami odczuć było migotanie kineskopu lumierów, wargi nabrzmiały czerwienią, oczy kolorem morskiej toni z najgłębszych dolin. sine obwódki paznokci pulsowały.
odwrócony w kierunku okna spróbował spojrzeć na drzewa, jednak zobaczył tylko zielone pasy spadających z łoskotem powiek.

22 marca 2012

z południa na północ
przesuwają się larwy z łokci do nadgarstków
próbując się wydostać przez ledwo szczeliny

9 marca 2012

opadające (wolno)
hormony
śpiące jak dzieci poddane kołysance

wsiąkają w ziemię gładką
(delikatnie pachnącą mydłem)

proszę
znajdź skroplony mój oddech
na swoim swetrze
i uciesz się

16 stycznia 2012

lodołamacze przestają pracować
i wszystkie inne


pingwiny królewskie żyją w martwych koloniach
na futrach zerwanych z niedźwiedzi polarnych
kiedy na mnie nie patrzysz
czerwone światła transporterów tlenu zaczynają wyć
brak schronów i kabin bezpieczeństwa poza źrenicami
wokół bieguna tęczówek brak miejsc gdzie można żyć


niemy krzyk
o opuszki i ślinę

23 grudnia 2011

wodą zrozumiałem jak mało są ważne uczucia identyfikacji a wiodą mnie oceany w których mogę się rozlać. połykać swoje serce raz za razem połykać jego czerwień na nowo i dmuchać w oparzone od namiętności języki. zaistnieć w skórze całej z mydła. zaistnieć pomiędzy stopami jak pierwszy raz odkąd mnie wymyślono. od śladów paznokci od łez na koszulce od palców na udach od zaciśniętych warg i świszczącym oddechu

przechodzę rekosmogonię i jak ognie sztuczne błyskam corocznie wewnętrzną apokalipsą tylko po to by móc zacząć budować styczeń luty marzec kwiecień.

kiedy umarł ten gołąb, kiedy umarł pies - to były chyba jedne z ostatnich słów przed zaawansowaną glacjologią
na początku była ciemność

i tylko nielicznym udało się
oddzielić ją od światła

reszta wciąż próbuje pozbierać chaos
z którego rodzą się pomniejsi bogowie
jak usta lub oczy

nie ma na drzewie poznania innych owoców
poza wygnaniem z raju

16 października 2011

nie zostało mi zbyt wiele czasu

odkąd zobaczyłem pęknięty pierścień saturna wiedziałem - to cofanie się w stwarzaniu i po śmierci ludzi przyszedł czas na połączenie się ciemności i światła. odwrócony kalejdoskop bezlitośnie szczepia wiązki i ogniskowa przechodzi na minus. bóg wie że to jest złe ale właśnie go jeszcze nie wymyśliłem. brzegi się rozmywają wszystko kosmicznie uderza w retrospekcje. widzę jak kobieta zrywa jabłko z drzewa poznania i nic już nie będzie takie samo i widzę jak wielka matka tworzy ją z żebra składając z małych cząsteczek pierwsze uczucia. potem wielki wybuch brzmi jak papierowa torba i stoję u początku mlecznej drogi.

koniec to początek

8 września 2011

Szkielet osiowy podwieszony jest na piękno - zdobionych linach. Przymocowany u czubka czaszki zwisa z białego sufitu i lejącym się kształtem wypełnia szwedzko zakrapianą przestrzeń domu. Na kościach obręczy barków siedzą kruki, ale pióra mają śnieżne, dzioby arktyczne i oczy polarne. Do mostka przyczepiony jest stary herb rodzinny - wizerunek jelenia.

Żyłem dwadzieścia lat mając dookoła ocean z miliardem ryb i setką ssaków podwodnych. Żyłem dwadzieścia lat spadając roznosząc się głębinowym ciśnieniem. Żyłem tak patrząc jak smugi światła stają się coraz bardziej wiotkie i elektryczne węgorze zabierają je jedne po drugim. Czekałem na huk dna, każdej sekundy każdą komórką tęskno mi było za końcem otchłani. Czasami uchatki czy lwy morskie grały ze mną w opadanie, ale widząc jak bardzo jestem bezwolnym płakały i w płaczu wypełnione powietrzem unosiły się ku tafli, ku niebu. Spadanie, upadek i cisza stały się codziennością. Komunikacja kolonii orek zanikła już dawno temu.

Zacząłem unosić się bardzo niespodziewanie. Pnie limfatyczne zwolniły i zaczęły drżącym, niepewnym ruchem przesuwać się ku górze. Węzły chłonne, grudki i migdały. Potem aorta, tętnica szyjna i jama osierdzia. Na koniec tarczyca, nadnercza i cały układ dokrewny przyśpieszając przebiły barierę dźwięku. W ekstazie i strachu mijałem gromady sardynek i ryb słonowodnych. Mijałem rodziny meduz i pojedyncze płetwale błękitne. Trwało to wszystko dni siedem. Dni siedem potrzebowałem na wystrzelenie przez taflę Arktyku.

Potem zabrałeś mnie do pięknego domu bez koloru na ścianach. Było tam pełno ptaków i grających pozytywek. Bez mebli, zapachu palonej kawy i niedzielnego stołu. Włożyłeś haki w kość ciemieniową i wciągnąłeś na złotych sznurach tak, abym palcami ledwo muskał białą posadzkę. A potem jadłeś. I jadłeś, a ja pozwoliłem abyś mnie jadł. Tuliłem policzki do kruków i pozwalałem Ci jeść mnie bez przerwy. Wszystkie żyły, oba płuca, całe mięśnie.

A na koniec wyszeptałem

"Jestem wchłonięty"

21 sierpnia 2011

pierwsza noc była bardzo ciemna
i umarło wtedy wiele ptaków

potem już chłopcy w białych koszulkach
spływali spomiędzy palców na nadgarstki
a fioletowe kwiaty o fakturze meduz
zostały ścięte przez szyny pociągu

z na wpół przymkniętych powiek
wypływają zdrętwiałe orki i łodzie podwodne
skóra jest gładka a ruchy gasną w herbacie
o trzeciej nad ranem wszystko brzmi jakgdyby
istniało pomiędzy płomieniem a falą snu




kto by pomyślał
że chłopiec taki jak ja
wierzy w spadające gwiazdy i greckie boginie